Makabryczny słownik „łowców skór”

http://wiadomosci.onet.pl/1469440,11,item.html – Artykuł ten był pod tym adresem ale został usunięty chyba po to aby chronić morderców w kitlach.

„Gotowanie skóry” – nie udzielenie pomocy, lub podanie pavulonu, „hodowanie na skórę” – czekanie na śmierć i pilnowanie, by sprzedać zwłoki, oraz „odpalanie” – zabójstwo i handel ciałem. Ten makabryczny słownik przez lata funkcjonował w łódzkim pogotowiu.
To, co usłyszeliśmy w trakcie ciągnącego się prawie dwa lata procesu „łowców skór” ułożyło się we wstrząsający obraz: dziesiątek tragedii rodzin, które straciły bliskich i bestialstwa ludzi, którzy przecież przysięgali ratować pacjentów.

W niedzielę program „Superwizjer” TVN poświęcony będzie przerażającej prawdzie o najokrutniejszym procederze współczesnej Polski – handlu skórami. Kim są ludzie, którzy stali się potworami? Jak doszło do tego, że najpierw złożyli przysięgę Hipokratesa a potem zamieniali się w morderców?

Nazywanie zmarłych „skórami” pojawiło się w łódzkim pogotowiu już na początku lat dziewięćdziesiątych. Początkowo informacje o zgonach pracownicy łódzkiego pogotowia sprzedawali firmom pogrzebowym za symboliczne kwoty, a nawet za butelkę wódki.

Z czasem zwietrzyli w tym świetny interes, na którym można naprawdę dobrze zarobić. Stawki za informacje o zwłokach wzrosły do kilkuset złotych. Od tej pory nie czekali już na przypadkową śmierć, zaczęli – jak to sami nazwali – „robić skóry”.

Na ławie oskarżonych zasiadło dwóch sanitariuszy Andrzej N. i Karol B. oraz dwóch lekarzy Paweł W. i Janusz K.

Andrzej N. – dożywocie. Wykształcenie zawodowe. Długo pracował jako włókiennik. W młodości grał w amatorskim teatrze. Świadkowie twierdzą, że to pomogło mu później przekonująco grać przed pacjentami i ich rodzinami. Był świetnie przygotowany, miał dużą wiedzę o działaniu leków i ratowaniu chorych. Tę wiedzę wykorzystał jednak najgorzej, jak mógł.

Jak zeznał jeden ze świadków, N. był przekonany, że „handel skórami” będzie trwać wiecznie, a nawet instruował kolegów, jak „ugotować pacjenta”. Podawał przykłady i skutki stosowania zabójczych leków w tym ebrantilu i pavulonu. Inny świadek dodaje. – Fascynował go ludzki mózg. Gdy wiózł pacjenta z poważnego wypadku z otwartą czaszką bawił się w – jak to określał – „pajacyki”. Palcem naciskał na mózg i wtedy pacjent zaczął drgać – poruszać rękami i nogami. To bardzo śmieszyło Andrzeja N. Wg świadków był tak wyrachowany, że zanim zdecydował się uśmiercić pacjenta, miał zwyczaj dokładnego sprawdzania ich dokumentów.

„Robił tak odkąd »odpalił« bezdomnego – opowiada świadek. – Złościł się, bo nic wtedy nie zarobił”.

N. jako pierwszy złożył obszerne zeznania, które pogrążyły pozostałą trójkę oskarżonych. Liczył na to, że zostanie świadkiem koronnym i stanie się gwiazdą mediów. Kiedy prokurator zdecydował o jego aresztowaniu, próbował powiesić się w celi. Uratował go… właściciel zakładu pogrzebowego, który trafił do aresztu podejrzany o zlecenie zabójstwa konkurenta.

Karol B. – 25 lat więzienia. Jak stwierdzili biegli, bardzo inteligentny. Również on, miał dużą, fachową wiedzę. Czytał książki swojej żony pielęgniarki.

Był równie okrutny jak Andrzej N. Jego „specjalnością” było „pukanie pacjenta”, czyli dobijanie rannego w wypadku drogowym drewniakiem. Jak twierdził, na uszkodzonym ciele i tak nie widać dodatkowych uderzeń. Andrzej N. opowiadał także, że B. dusił pacjentów, którzy „za bardzo walczyli o życie” np. po podaniu pavulonu. Siadał im na klatkę piersiową i czekał, aż umrą.

Andrzej N. przyznał się potem współwięźniowi z celi do zabicia ponad 50 pacjentów. Jak twierdził, Karol B. miał koncie dwa razy tyle zabójstw.

Dla lekarzy najbardziej opłacalna była „hodowla skóry”. Przy „odpaleniu” musieli dzielić się pieniędzmi z dyspozytorami, sanitariuszami i kierowcą. Tymczasem z pacjenta, który zmarł w domu jakiś czas po interwencji, lekarze mogli mieć całą kwotę dla siebie. „Opiekowali” się nim aż do zgonu i wtedy zawiadamiali firmę pogrzebową. Pieniądze za informację w całości trafiały do ich kieszeni. W rozmowach między sobą nieraz pytali się nawzajem „jak tam hodowla twojego warzywka”?

Janusz K. – 6 lat więzienia i 10 lat zakazu wykonywania zawodu. Wg zeznań świadków Janusz K., lekarz z 20-letnim stażem, wiele razy, zamiast ratować spokojnie patrzył na śmierć pacjentów. Jak później sam tłumaczył jest ginekologiem, nigdy nie reanimował człowieka. Personel karetki opowiadał, że K. bał się nawet defibrylatora. Myślał, że może porazić go prąd. Podczas interwencji zwykle stał pod ścianą i bez zmrużenia oka pozwalał na to, by sanitariusz zabijał pacjenta.

Podobnie jak drugi z lekarzy Paweł W. (5 lat) Tego człowieka rodziny zmarłych pacjentów pamiętają jako niezwykle aroganckiego i butnego człowieka. Potwierdził to w sądzie – często polemizując z sędzią i biegłymi. Z jednym z nich pokłócił się nawet o to, kiedy następuje zgon pacjenta. On sam przekonywał, że człowiek nie żyje już w momencie podjęcia reanimacji!

Koledzy z pogotowia wspominają, że Paweł W. zwykle siedział w karetce z nogami wyciągniętymi na desce rozdzielczej i czytał gazetę. W ogóle nie przejmował się losem umierającego. Przed sądem Paweł W. przyznał się jedynie do niedbałego wypełniania kart wyjazdowych. Resztę zarzutów uznał za absurdalne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *